Pożary samochodów elektrycznych od lat są jednym z najtrudniejszych tematów dla producentów, służb ratunkowych i ubezpieczycieli. Gdy dochodzi do zapłonu baterii trakcyjnej, standardowe metody gaszenia często zawodzą, a ogień potrafi wracać nawet po kilku godzinach. W odpowiedzi na ten problem w Chinach zaprezentowano rozwiązanie, które dla wielu brzmi jak science fiction: system automatycznego wyrzucania całej baterii z pojazdu w momencie wykrycia zagrożenia pożarowego.
Jak działa system „katapultowania” baterii?
Zgodnie z założeniami, samochód wyposażony jest w zestaw czujników monitorujących temperaturę i parametry pracy ogniw. Gdy system wykryje zjawisko tzw. thermal runaway, czyli niekontrolowanego przegrzewania się baterii, uruchamiany jest mechanizm awaryjny.
W ułamku sekundy:
– bateria zostaje mechanicznie odłączona od konstrukcji pojazdu,
– specjalny system wypycha ją na zewnątrz,
– pakiet akumulatorów ląduje kilka metrów od auta, zanim dojdzie do pełnego zapłonu.
Idea jest prosta: oddzielić źródło ognia od kabiny pasażerskiej, zanim pożar obejmie cały pojazd.
Skąd w ogóle taki pomysł?
Baterie litowo-jonowe, gdy już się zapalą, są ekstremalnie trudne do ugaszenia. Wysoka temperatura, reakcje chemiczne wewnątrz ogniw i możliwość ponownego zapłonu sprawiają, że gaszenie elektryków bywa długotrwałe i kosztowne. Zdarza się, że auta po kolizji trafiają na parkingi policyjne czy lawety, gdzie… zapalają się ponownie po kilkunastu godzinach.
Chińska koncepcja zakłada więc, że najlepszym sposobem walki z pożarem jest fizyczne usunięcie problemu z pojazdu, zamiast próbować go tłumić wewnątrz.
Kontrowersje większe niż sama bateria
Choć pomysł przyciągnął ogromne zainteresowanie, od razu pojawiła się fala krytyki. I trudno się jej dziwić.
Pakiet baterii w samochodzie elektrycznym waży często od 300 do nawet 700 kilogramów. Wyrzucenie takiej masy z auta:
– na drodze publicznej,
– w ruchu miejskim,
– w pobliżu pieszych lub innych pojazdów
może stworzyć nowe, bardzo poważne zagrożenie. Krytycy pytają wprost: co jeśli bateria poleci w stronę chodnika, zaparkowanych aut albo wpadnie pod nadjeżdżający pojazd?
Dochodzi też kwestia infrastruktury. Nie każda droga, parking czy tunel daje fizyczną przestrzeń na „bezpieczne” wyrzucenie baterii.
Dlaczego raczej nie zobaczymy tego w seryjnych autach?
Na ten moment system pozostaje demonstracją koncepcyjną, a nie rozwiązaniem gotowym do masowego wdrożenia. Producenci aut idą dziś w innym kierunku:
– lepsze chłodzenie baterii,
– przegrody przeciwogniowe między modułami,
– materiały spowalniające rozprzestrzenianie się ognia,
– zaawansowaną diagnostykę i wcześniejsze wykrywanie usterek.
Wyrzucanie baterii z auta to rozwiązanie efektowne, ale trudne do pogodzenia z realiami homologacji, odpowiedzialności prawnej i bezpieczeństwa osób trzecich.
Przyszłość czy ślepa uliczka?
Sam pomysł pokazuje jednak coś ważnego: problem bezpieczeństwa baterii wciąż nie jest w pełni rozwiązany, a branża szuka coraz bardziej radykalnych koncepcji. Nawet jeśli „katapultowanie” baterii nigdy nie trafi do produkcji seryjnej, może wpłynąć na rozwój innych systemów awaryjnego odseparowania źródeł energii od kabiny pasażerskiej.
Jedno jest pewne — im więcej elektroniki i energii w samochodach, tym większe wyzwania stoją przed inżynierami. A granica między innowacją a absurdem bywa w motoryzacji wyjątkowo cienka.