Przez ponad sto lat motoryzacja rozwijała się według prostych zasad: lepszy silnik, lepsze zawieszenie, bardziej wytrzymała skrzynia biegów. Dziś ten porządek się kończy. Współczesny samochód ma więcej wspólnego ze smartfonem niż z klasycznym autem z lat 90. A o jego wartości coraz częściej decyduje nie to, ile ma cylindrów, lecz jakie ma oprogramowanie i jak długo będzie aktualizowane.
Producenci doszli do ściany. Samodzielne tworzenie całego ekosystemu cyfrowego stało się tak kosztowne i skomplikowane, że nawet najwięksi gracze zaczęli ze sobą współpracować. Konkurenci na salonach sprzedaży – w świecie kodu podają sobie ręce.
Od blachy do kodu – największa zmiana w historii aut
Nowe auto to dziś sieć kilkudziesięciu komputerów sterujących praktycznie wszystkim:
układem napędowym i emisją spalin,
systemami bezpieczeństwa ADAS,
kamerami i radarami,
łącznością 5G,
aktualizacjami OTA,
multimediami,
zarządzaniem energią w hybrydach i EV.
Szacuje się, że zaawansowany samochód ma ponad 100 milionów linii kodu. To więcej niż nowoczesny myśliwiec sprzed kilku lat. Każda funkcja wymaga zespołów programistów, testerów i specjalistów od cyberbezpieczeństwa.
I tu pojawił się problem: producenci aut są świetni w projektowaniu mechaniki, ale nie w tworzeniu gigantycznych platform IT. Tempo rozwoju oprogramowania okazało się wielokrotnie szybsze niż cykl projektowania samochodu.
Dlaczego marki, które ze sobą konkurują, zaczęły współpracować?
Powody są proste:
Koszty wymknęły się spod kontroli – własny system operacyjny to miliardy euro.
Brak specjalistów – o programistów walczy dziś cały świat technologii.
Zbyt wolne tempo – w motoryzacji 5 lat to norma, w IT to wieczność.
Wymogi prawne i cyberbezpieczeństwo – pojedyncza marka nie udźwignie tego sama.
Dlatego powstaje model znany z branży IT: wspólna, otwarta baza oprogramowania, na której każda firma buduje własne funkcje.
Co dokładnie ma powstać wspólnie?
Współpraca dotyczy fundamentów systemu:
obsługi kamer, radarów i czujników,
komunikacji między modułami auta,
aktualizacji OTA,
podstaw systemów autonomicznych,
zabezpieczeń przed cyberatakami,
standardów łączności z chmurą.
Dopiero na tej bazie marki będą tworzyć własne interfejsy i rozwiązania. To trochę jak Android – fundament wspólny, reszta autorska.
Co z tego będzie miał kierowca?
1. Szybsze aktualizacje
Auto ma być poprawiane jak smartfon – częściej i sprawniej.
2. Mniej chaosu w obsłudze
Standaryzacja może uprościć interfejsy.
3. Potencjalnie tańsze naprawy
Wspólne standardy to łatwiejsza diagnostyka.
4. Dłuższe życie modeli
Aktualizacje także dla starszych roczników.
Ale są też zagrożenia
Jeden błąd może dotknąć miliony aut.
Większa kontrola producenta nad kierowcą – dane, blokady, abonamenty.
Zależność od internetu – bez sieci auto stanie się „niepełne”.
Problemy niezależnych warsztatów bez dostępu online.
Motoryzacja wchodzi w erę smartfonów na kołach
Producenci przyznali wprost: sercem samochodu jest dziś software. Mechanika stała się bazą, a prawdziwym produktem – kod.
Za kilka lat o wyborze auta może decydować:
długość wsparcia aktualizacjami,
brak funkcji na abonament,
bezpieczeństwo systemu,
„cyfrowa żywotność” modelu.
Rynek wtórny też się zmieni
Kupując używane auto, będziemy sprawdzać:
wersję oprogramowania,
historię aktualizacji,
aktywne subskrypcje,
dostępność usług online.
Może się okazać, że 8-letni samochód będzie mechanicznie świetny, ale cyfrowo martwy.
To największa rewolucja od wtrysku paliwa
Łączenie sił przez producentów to znak, że klasyczna motoryzacja właśnie się kończy. Wygrają nie ci, którzy najlepiej projektują tłoki, lecz ci, którzy najlepiej piszą kod.
W świecie, w którym auto będzie aktualizowane jak telefon, oprogramowanie staje się ważniejsze niż pojemność silnika.